
Pozwoleń na budowę przybywa najszybciej od 2024 roku, ale wiele z nich czeka w szufladach. W pierwszych pięciu miesiącach 2026 roku co czwarte pozwolenie deweloperów nie przełożyło się na start budowy. Wyjaśniamy, co to oznacza dla podaży i cen mieszkań.
Na papierze rynek mieszkaniowy wygląda na rozpędzony. Liczba wydanych pozwoleń na budowę jest najwyższa od 2024 roku, a deweloperzy gromadzą zgody w imponującym tempie. Problem w tym, że od pozwolenia do wbicia łopaty droga bywa daleka. Z danych za pierwsze pięć miesięcy 2026 roku wynika, że znaczna część uzyskanych pozwoleń wciąż czeka w szufladach.
W okresie od stycznia do maja 2026 roku inwestorzy uzyskali łącznie blisko 119,9 tys. pozwoleń na budowę mieszkań i domów. To o ponad 16 proc. więcej niż rok wcześniej i najwyższy wynik od dwóch lat. Same firmy deweloperskie zwiększyły liczbę uzyskanych pozwoleń o około 22 proc. w skali roku.
Znacznie gorzej wygląda druga strona równania. Rozpoczętych budów było w tym samym czasie około 94,7 tys. Różnica sięga ponad 25 tys. mieszkań i domów, czyli mniej więcej co piąte pozwolenie nie przełożyło się dotąd na realny start inwestycji.
Jeśli spojrzeć wyłącznie na firmy deweloperskie, rozjazd robi się wyraźniejszy. Deweloperzy uzyskali około 79,5 tys. pozwoleń, a rozpoczęli budowę około 58 tys. mieszkań. Oznacza to lukę przekraczającą 21,5 tys. lokali, a więc mniej więcej co czwarte pozwolenie trafiło na razie do szuflady.
To zachowanie ma swoją logikę. Pozwolenie na budowę jest ważne przez kilka lat, więc inwestor może je zdobyć dziś, a z budową ruszyć wtedy, gdy uzna warunki za korzystniejsze. W ten sposób firmy powiększają zapas gotowych do uruchomienia projektów, nie biorąc na siebie ryzyka rozpoczynania budowy w niepewnym momencie.
Powodów ostrożności jest kilka. Po stronie popytu wciąż ciąży wysoki poziom cen i koszt kredytu, który studzi zapał kupujących. Po stronie kosztów inwestorzy patrzą na ceny materiałów, robocizny i działek. W efekcie wielu z nich woli poczekać z decyzją o starcie, mimo że formalnie ma już wszystko, by zacząć. Najlepiej widać to w statystykach rozpoczętych inwestycji, bo w maju 2026 roku liczba nowych budów wyraźnie spadła.
Gromadzenie pozwoleń to także sposób na zabezpieczenie się przed zmianami w przepisach planistycznych. W roku, w którym kończy się Lex Deweloper i wchodzi nowy system planowania, posiadanie ważnego pozwolenia bywa cenniejsze niż kiedykolwiek.
Dla osób szukających mieszkania to sygnał niejednoznaczny. Z jednej strony zapas pozwoleń pokazuje, że potencjał do budowy jest spory i podaż może szybko odbić, gdy tylko poprawią się nastroje. Z drugiej strony, dopóki deweloperzy zwlekają, liczba realnie powstających mieszkań pozostaje ograniczona, a to czynnik sprzyjający utrzymaniu wysokich cen.
Wiele zależy więc od tego, kiedy firmy uznają, że nadszedł właściwy moment na uruchomienie odłożonych projektów. Warto śledzić nie tylko zapowiedzi, lecz także realne starty, bo to one decydują o tym, ile mieszkań faktycznie trafi na rynek. Pomocne bywa porównanie planów z konkretnymi inwestycjami, które deweloperzy zapowiadają na 2026 rok.
Zdjęcie: Pexels






