
Coraz więcej kupujących sprawdza nie tylko cenę mieszkania, ale też koszty jego utrzymania. Wyjaśniamy, czym są klasy energetyczne A do G, ile realnie można zaoszczędzić i jak efektywność wpływa na wartość lokalu w 2026 roku.
Przez ostatnią dekadę na rynku mieszkaniowym liczyły się właściwie trzy rzeczy: lokalizacja, cena i metraż. Ten porządek właśnie się kruszy. Coraz więcej kupujących, zanim podpisze umowę, chce wiedzieć nie tylko ile mieszkanie kosztuje, ale też ile będzie kosztowało jego utrzymanie przez kolejne lata. Rachunek za ogrzewanie i prąd stał się argumentem równie ważnym jak numer piętra czy odległość od metra.
Widać to wyraźnie w badaniach. Z raportu “Living 2040” wynika, że aż 62 procent osób oczekuje w nowym budynku energooszczędnych instalacji, a 49 procent za najważniejszy aspekt ekologiczny mieszkania uznaje po prostu niskie koszty ogrzewania i eksploatacji. Dla wielu kupujących ekologia nie jest więc kwestią światopoglądu, tylko domowego budżetu.
Potwierdzają to pośrednicy. W jednym z badań aż dwie trzecie z nich przyznało, że wysokie opłaty za mieszkanie bardzo mocno wpływają dziś na wybór oferty i na negocjacje ceny. Nic dziwnego, skoro około 86 procent Polaków obawia się w 2026 roku wyższych czynszów oraz rachunków za energię i ogrzewanie. Ten strach ma konkretne źródło, o którym pisaliśmy przy okazji analizy tego, dlaczego wynajem mieszkania w 2026 roku drożeje głównie przez rachunki, a nie przez podwyżki czynszu.
Zmiana w podejściu kupujących zbiega się w czasie z ważną zmianą prawa. Od maja 2026 roku obowiązuje nowy wzór świadectwa charakterystyki energetycznej, w którym budynek dostaje klasę od A do G, dokładnie tak jak lodówka czy pralka. Klasa A oznacza obiekt bardzo oszczędny, klasa G budynek energochłonny, którego ogrzanie kosztuje najwięcej. To efekt wdrożenia unijnej dyrektywy EPBD.
Co istotne dla kupujących i wynajmujących, świadectwo jest obowiązkowe przy sprzedaży i najmie, a jego wskaźnik oraz klasę trzeba podawać już w ogłoszeniu. Za niedopełnienie obowiązku grozi grzywna, która może sięgnąć nawet 20 tysięcy złotych. Samo wyrobienie dokumentu dla mieszkania w bloku to wydatek rzędu 250 do 400 złotych. W praktyce oznacza to, że klasa energetyczna przestaje być abstrakcją z papierka i staje się liczbą, którą każdy zobaczy jeszcze przed pierwszą wizytą na oglądaniu.
Tu potrzebna jest uczciwa uwaga, bo najbardziej efektowne liczby dotyczą domów jednorodzinnych. Ogrzanie tradycyjnego domu o powierzchni 120 metrów potrafi kosztować od 5 do 7 tysięcy złotych rocznie, podczas gdy dom energooszczędny zamyka się często w przedziale od 1,5 do 2,5 tysiąca złotych. To oszczędność rzędu 60 do 70 procent. W mieszkaniu w bloku różnice w liczbach bezwzględnych są mniejsze, bo lokal ogrzewają też sąsiedzi zza ściany, ale kierunek jest ten sam.
Najniższe rachunki dają dziś rozwiązania, o których jeszcze niedawno mówiło się głównie przy domach: pompa ciepła połączona z fotowoltaiką, wentylacja z odzyskiem ciepła, czyli rekuperacja, oraz solidna izolacja i dobre okna. Sama rekuperacja w dobrze ocieplonym budynku obniża koszty ogrzewania o 20 do 30 procent. To właśnie te elementy przesądzają, po której stronie skali A do G znajdzie się budynek.
Temat kosztów utrzymania wraca ze zdwojoną siłą, bo od 1 stycznia 2026 roku skończyło się mrożenie cen energii elektrycznej. Choć sama cena prądu spadła symbolicznie, przez droższą dystrybucję łączny rachunek typowego gospodarstwa domowego rośnie średnio o około 3 procent. Nieco taniej jest za to za gaz, gdzie taryfy poszły w dół o mniej więcej 1 procent. Dla kupującego mieszkanie oznacza to jedno: różnica między lokalem oszczędnym a energochłonnym z każdą podwyżką robi się bardziej odczuwalna.
Na dojrzałych rynkach w Europie Zachodniej i USA klasa energetyczna wpływa już wprost na wartość nieruchomości. Mówi się o “zielonej premii” dla budynków oszczędnych i o “brązowej zniżce”, czyli spadku wartości obiektów energochłonnych, których dostosowanie do nowych norm będzie kosztowne. W Polsce to zjawisko dopiero się zaczyna, ale pierwsze sygnały są widoczne. Szacuje się, że różnica w atrakcyjności i cenie między skrajnymi klasami może przekraczać nawet 20 procent.
To część szerszego trendu, w którym cechy dotąd traktowane jako dodatek zaczynają realnie podnosić wartość lokalu. W podobny sposób zyskują dziś na znaczeniu mieszkania odporne na letnie upały, bo komfort i niższe koszty klimatyzacji stają się dla kupujących wymierną korzyścią.
Kierunek jest przesądzony przez regulacje unijne i krajowe. Nowe budynki oddawane w Polsce od 2021 roku muszą już spełniać ostry standard energetyczny, a dyrektywa EPBD idzie dalej. Od 2030 roku wszystkie nowe budynki mają być zeroemisyjne, a do 2040 roku z domów mieszkalnych mają zniknąć kotły na paliwa kopalne. Co więcej, od 2025 roku państwa unijne nie mogą już dopłacać do montażu takich kotłów.
Dla osoby, która kupuje mieszkanie dziś, wniosek jest prosty. Lokal w budynku o wysokiej klasie energetycznej to nie tylko niższe rachunki tu i teraz, ale też mniejsze ryzyko, że za kilka lat trzeba będzie dokładać do kosztownej modernizacji. Efektywność energetyczna z modnego hasła zamieniła się w twardy element kalkulacji, którego przy zakupie mieszkania coraz trudniej pominąć.
Zdjęcie: Pexels






